Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Lato na wsi. Poniedziałek zapowiadał się przepiękny. Poranne słońce raziło przez zamknięte powieki a na domiar złego muchy, wielkie i tłuste łaskotały zupełnie nieproszone. Dalsze wylegiwanie się w łóżku nie było już możliwe. Przewróciłem się z pleców na bok, spuściłem nogi z krawędzi łóżka i poczułem, że coś jest nie tak jak powinno być. Chociaż było to tak dawno temu, że uczucie niepokoju dorzuciłem sobie do wspomnień, bo wspomnienie te nie należy do bardzo przyjemnych.
Ale być może dzięki temu ciągle jest tak wyraźne? Czy pamiętam, co wtedy jadłem na śniadanie? Nieszczególnie. Zazwyczaj pierwszym śniadaniowym wyborem w tamtym czasie były płatki kukurydziane, corn flakes, zalane świeżym mlekiem. Na marginesie te wielkie, czarne, tłuste i włochate muchy zlatujące się z całej okolicy do obory niedaleko domu, w której stała anonimowa krowa były ceną za to świeże mleko. Drugim śniadaniowym wyborem mogły być kanapki z pomidorami i jajkiem prosto od niosek z kurnika obok, który był, to już kolejny dopisek na marginesie, następnym źródłem wielkich, tłustych i obrzydliwych włochatych much. Cóż, nie ma co narzekać, muchy na wsi to rzecz nie do uniknięcia, zwłaszcza w gospodarstwie, gdzie są jakieś pocące się i śmierdzące zwierzęta.
Wracając do niepokoju, bo to wtedy prawdopodobnie najbardziej zaprzątało mój umysł. Czułem niepokój, bo zupełnie bez żadnej przyczyny bolały mnie nogi. Nie był to jakiś paraliżujący i silny ból. Raczej coś przypominającego zastanie kolan po ich długim unieruchomieniu. Jako błyskotliwe dziecko uznałem, że pewnie muszę rozchodzić i przejdzie, więc zaraz po śniadaniu, którego szczegółów nie pamiętam, wybiegłem na podwórko, wsiadłem na rower i zacząłem jeździć dookoła, goniąc biegające tu i ówdzie kury i kaczki. Niestety nie pomagało i to był chyba pierwszy moment, kiedy poskarżyłem się mamie, że jest coś nie w porządku z moimi nogami. A może poskarżyłem się wcześniej i mama zaproponowała kurację przez ruch?
I teraz moja pamięć już nie wydaje się być tak dokładna. Bo po tym rowerze pamiętam jedynie, że siedziałem na rozłożonym kocu z kuzynostwem i za bardzo nie poruszałem już dolnymi kończynami. Nawet nie pamiętam czy czułem bardziej ból z niemocy czy niemoc z bólu. Za to doskonale pamiętam zdenerwowanie dookoła, nerwowe rozmowy gdzieś w oddali, a nawet złowieszcze szepty.
Zapakowano mnie do małego fiata i pojechaliśmy do Wielunia do lekarza. Lekarka w izbie przyjęć szpitala zleciła badanie krwi i czekaliśmy. W końcu wyszła ubrana w biały kitel, z twarzy raczej bezosobowa plama, zupełnie nie pamiętam buzi, ani koloru włosów, oczu czy makijażu tej lekarki. Żadnych szczegółów. Lekarka wyszła do nas z wynikami badań i podejrzeniem choroby, z dzisiejszej perspektywy patrząc dość strasznej. Rozmowa mogła wyglądać mniej więcej tak:
— W wynikach badań mamy podwyższone OB i ASO. Co może oznaczać stan zapalny i podejrzewam, że to może być reumatyzm.
— Reumatyzm? — moja mama wypowiedziała to słowo z ogromnym zaskoczeniem ale jednocześnie z politowaniem, jakby słyszała kogoś niespełna rozumu. - Droga pani, jak u dziecka może być reumatyzm, przecież to niemożliwe.
— Oczywiście, aby to potwierdzić musi pani zostawić dziecko w szpitalu na więcej badań.
— Zostawić? Moje dziecko mam w szpitalu zostawić, żebyście leczyli je na reumatyzm, którego nie ma? Nie ma mowy.
No i zabrała mnie z tego szpitala. Zresztą stosunek mojej mamy do lekarzy zawsze był ambiwalentny. Nie to, żeby im nie ufała, bardziej chodzi o to, że zdecydowanie bardziej ufała swojej intuicji niż jakiemuś pierwszemu z brzegu lekarzowi. Kłóciła się z naszymi pediatrami, ze swoimi lekarzami i raczej nie dlatego, że wiedziała, że lekarze nie mają racji, tylko dlatego, że była przekonana o swojej racji. I to może być jedna z bardziej dziwacznych rzeczy, bo ta intuicja rzadko ją myliła. Nawet często z siebie żartuje, że jest jakąś czarownicą czy coś takiego.
Wróciliśmy na wieś. Nikt nic nie wiedział, nie wiedziano co robić, do kogo się zwrócić, czy jeszcze będę chodził i czy zostanę kaleką. Niewiedza wisiała w powietrzu, atmosfera gęsta, prawdopodobnie już cała wieś głowiła się, co się stało, dlaczego ten mały Wojciechowski stracił władze w nogach? Byłem w centrum uwagi, każdy mi usługiwał, przynoszono mi napoje i lody, czułem się trochę wyjątkowo, ale prawdopodobnie nie wiedziałem, że w głowach innych tliła się ta niepokojąca myśl, że prawdopodobnie mają do czynienia z kaleką, który będzie musiał jeździć na jakimś wózku albo chodzić z kulami do końca życia, że nie zrobi kariery sportowej (prawdę mówiąc już wtedy nikt nie miał co do tego złudzeń, bo moja koordynacja ruchowa pozostawała wiele do życzenia), że będzie zdany na łaskę i niełaskę innych ludzi, bo bycie niepełnosprawnym to wyrok, a w latach dziewięćdziesiątych w kraju takim jak Polska, nie mogło być niczym przyjemnym, to znaczy Polska nie ułatwia życia niepełnosprawnym dzisiaj, a co dopiero 30 lat temu. Ja nie miałem takich myśli. Zupełnie nie pamiętam takich myśli.
W końcu pojawił się brat mamy i zaczął opowiadać, że zna taką babulinkę, co mieszka kilkanaście kilometrów, czy może kilkadziesiąt od miejscowości babci i już od dawna leczy go z różnych dolegliwości. I tu do akcji znowu wkracza intuicja mojej mamy, bo jakby padło dzisiaj na mnie, abym wybrał co wolę, czy jakąś znachorkę, czy diagnostykę w szpitalu, to raczej wybrałbym szpital. A moja matka bez wahania się zgodziła, bo co mi taka babina może zaszkodzić? Jak mi babina może zaszkodzić? Mamo, na tysiące sposobów może zaszkodzić, zwłaszcza jeśli nie wie, co mi jest.
Babinka podobno nastawiała kości z doskonałym rezultatem. Mój wujek był jednym z przykładów niemal cudownego ustąpienia jakichś bólów, zresztą co tu dużo nie mówić, w okolicy uchodziła za znachorkę z doskonałą renomą i o wielkiej skuteczności. Kolejny raz wpakowano mnie do małego fiata i ruszyliśmy w drogę. Pamiętam, że dzień miał się ku końcowi, słońce powoli zbliżało się do horyzontu. Łany zbóż mieniły się złotem, dziurawy asfalt dawał co jakiś czas o sobie znać chybotaniem pojazdu, ale w końcu dotarliśmy. Zrobiło się już całkiem ciemno.
Oczekiwano nas i córka babinki wyszła nas przywitać i od razu zaprowadziła do domu. Babinka już wtedy była stara, chyba pomarszczona, pewnie już miała z 80 lat. Pewnym tonem rozkazała, żeby rozebrać mnie z koszulki, położyć na brzuchu na przygotowanym na podłodze kocu. Leżę tak bez ruchu, babinka przysiadła obok i dotyka, mógłbym przysiąc, że tylko dotyka moich pleców, gdzieś blisko nad pośladkami i zaraz po tym mówi:
— A teraz wstań, biegaj i kop się nogami po dupie.
Więc wstałem i zrobiłem dokładnie to, co kazała.
— Powiedz mi, skąd skakałeś?
Trochę zaskoczony byłem tym pytaniem, bo rzeczywiście kilka dni wcześniej skakałem, ale skąd ta starsza pani mogła o tym wiedzieć?
Otóż w okolicy domu babci ustawione były pustaki niewykorzystane albo być może przygotowane do jakiejś kolejnej budowy. W tamtych czasach nie kupowało się takich rzeczy jak pustaki. Robiono je na miejscu, używając do tego celu zmyślnych maszyn zwanych wytrząsarkami. Gotowe pustaki układano w wysokie stosy i właśnie jeden z takich stosów posłużył jako baza do trenowania skoków spadochronowych. Spadochronem była trzymana nad głową za uszy stara reklamówka. I według babinki, gdy skakałem z takiej wysokości, przesunął mi się kręg w krzyżu. Kręg ten uciskał nerw i to spowodowało paraliż.
No i tak to się skończyło. Dostałem zakaz ćwiczenia spadochroniarstwa, a stara babuleńka w opinii mojej rodziny uchroniła mnie od kalectwa. To właśnie był chyba jeden z cudów, które czasami zdarzają się w naszych życiach.