Przejdź do głównej zawartości

Jak tak mógł, się zapytacie. No mógł i nic nie zrobicie.

 W sterowni było nadzwyczaj spokojnie. Światło nieco przytłumione, a kilkanaście ekranów rzucało niebieską poświatę na całe pomieszczenie. Przy jednej ze ścian, przy tej gdzie znajdowały się wielkie szafy sterownicze, świeciło się kilkaset kontrolek, większość zielonym, a niektóre żółtym światłem, ostrzegając przed jakimś mało istotnym zagrożeniem. Tak mało istotnym, że może się tym zająć dzienna zmiana. Zresztą, bądźmy szczerzy: co w takim reaktorze może się popsuć. Polska myśl inżynieryjna jeszcze nigdy nas nie zawiodła i głęboko wierzę, że nigdy nas nie zawiedzie. 

Fakt jest taki, że wszystkie procesy przebiegały prawidłowo. Temperatura w zbiorniku paliwowym utrzymywała się na odpowiednim poziomie, nowe pręty paliwowe działały jak ta lala, nic nie zapowiadało by zapotrzebowanie na moc tej nocy miało odbiegać od normy. Ale jednak gdzieś w trzewiach poczułem ścisk, niepokój jakiś i podenerwowanie. Aż się zacząłem zastanawiać, czy dzisiejszy obiad nie zawierał czegoś nieświeżego. Albo czegoś jak skórki od bobu. Tak, kiedy kilka dni temu zjadłem bób ze skórkami, to rzeczywiście coś mocniej mi się zakręciło pod sercem. Nic z tych rzeczy - dzisiejszy wurszt był pierwszej jakości, prosto od najlepszego masorza na Szombierkach. Jednak niepokój ciągle się tlił. 

Coś mnie tknęło i podszedłem do jedynego okna w sterowni. Wysoko pod sufitem, aż musiałem podstawić sobie zydelek, żeby przez nie wyjrzeć. Nie było zbyt przejrzyste, mimo że nasz zakład rok po roku wygrywał konkurs "Najczystsza elektrownia jądrowa w tym kraju" (być może dlatego, że nasza elektrownia jest jedyna w Polsce, gdyż zaspakaja wszystkie potrzeby energetyczne Polaków - i tych w Polsce i tych na emigracji), to trzeba przyznać, że ekipa sprzątająca nie ma wygodnego dostępu do tego pomieszczenia oraz przede wszystkim - do tego okna. Podciągnąłem nieco rękaw, przetarłem nim okno i w końcu mogłem podziwiać dziedziniec naszego pięknego zakładu. Oraz bramę wjazdową z ochroną Juventus, z którą nasz zakład podpisał umowę o świadczenie usług ochroniarskich kilka miesięcy temu, kiedy okazało się, że poprzednia firma zatrudniała samych emerytowanych policjantów, mających chronicznie przewlekłe półtora promila alkoholu we krwi. Dyskretne logo na szlabanie i bramie wjazdowej kazało wierzyć, że nikt nieproszony nie wtargnie i nie zagrozi bezpieczeństwu energetycznemu Polaków w Polsce i zagranicą, zwłaszcza licznej diasporze w Zjednoczonym Królestwie, którzy przez brexit oraz dzięki polexit zmuszeni byli zabierać prąd ze sobą aż z ojczyzny. 

Obok bramy wjazdowej rosły gęste krzaki, pełniące pierwotnie element dekoracyjny. Aby pokazać, że elektrownia może być też i zielona. Niestety ogrodnika zwolniono kilka lat temu, kiedy okazało się, że robokosiarki doskonale radzą sobie z trawnikami na dziedzińcu, zapominając jednak o tym, że wyżej krzaka taka kosiarka nie podskoczy. 

I kątem oka zauważyłem to. Ruch w tych krzakach. Już zmierzchało, więc mogłem się pomylić, mógł to być gwałtowniejszy powiew, od południa zbierały się wszak chmury, ale zaraz potem dostrzegłem błysk. Tak jakby ślepi jakichś, niekoniecznie złych, ale będących tam w tych krzakach, tam gdzie być ich nie powinno. Kolejny błysk i już widziałem, że on wie, że ja wiem. To musi być on! Niemal spadłem z zydla z wrażenia. Nadludzkim wysiłkiem udało mi się utrzymać równowagę i zeskoczyłem bez krzty gracji na posadzkę. Zabezpieczyłem przytomnie przycisk na konsoli sterowania (ten przycisk, tak ten) aby nikt przypadkowo go nie nacisnął i wybiegłem ze sterowni łamiąc wszystkie procedury zabraniające opuszczania sterowni, mając nadzieję, że uda mi się go złapać w tych krzakach. Przeskakiwałem po trzy schody, narażając kostki na zwichnięcie, kark na złamanie i w końcu wybiegłem z impetem z budynku prosto na dziedziniec. 

- Łapcie go, zatrzymajcie! - krzyknąłem do ochroniarza w jego budce. Bezskutecznie, bo ochroniarz zajęty był czytaniem "Detektywa" i świata poza tym periodykiem nie widział. Rzuciłem się więc w stronę krzaków, robiąc wokół siebie mnóstwo hałasu. Zarośla były dużo gęstsze, niż przypuszczałem, a po kilku metrach udało mi dotrzeć do nader osobliwego legowiska. Sprytnie zakamuflowane: od góry przykryte maskującą tkaniną, ściany ułożone z patyków i liści tak, że z zewnątrz nikt nie miał szans się nawet zorientować, że znajdował się tu w zasadzie gabinet pisarza. Przyniósł sobie nawet małe regały, na których poukładane były niektóre z dzieł, których nigdy nie przeczytał. Przy małym turystycznym stoliku znajdował się mały składany taborecik, rybacki albo jak mawiają niektórzy: pielgrzymkowy. Na ziemi leżało kilkadziesiąt ołówkowych ogryzków, gdzieś z tyłu gnił stary papier, zapewne pochodzący z nieudanych prób pisarskich. 

Po tym co zobaczyłem byłem już pewien. To Adaś. Musiał obserwować mnie od dawna. Jak inaczej można było wytłumaczyć jego znajomość szczegółów mojej egzystencji? 

Nagle poczułem kolejny już tego dnia impuls. Wydostałem się z zarośli i skierowałem prosto ku wyjściu z terenu zakładu. Ochroniarz nawet nie podniósł wzroku znad "Detektywa", kiedy przechodziłem pod szlabanem. Ochrona, psia ich mać, myślałem sobie o nim najgorzej jak tylko potrafiłem, ale też rozumiałem, że Adaś to nie pierwszy lepszy pisarz, co się włóczy bez celu po śląskiej czarnej ziemi. To wytrawny znawca słowa oraz ludzkich umysłów. Nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie Adaś wykupił prenumeratę "Detektywa", aby uśpić czujność naszej ochrony. Przystanąłem przed główną bramą elektrowni i poprawiłem lekko okulary na nosie. O tej porze raczej żywego ducha nie uświadczysz, jednak ja zauważyłem w oddali niewyraźną sylwetkę. To musiał być on. Zbliżał się do przystanku tramwajowego, gdzie zatrzymuje się tramwaj linii 5. Która godzina? Nerwowo się rozejrzałem, bo niestety nie posiadam zwyczaju noszenia zegarka na ręce, przypomniało mi się jednak bardzo szybko, że na wieży naszego zakładu jest najdokładniejszy zegar na całym Śląsku, Płocku i Mazowieckich preriach, a to oznacza, że również najdokładniejszy na świecie. Tak, piątka będzie za dokładnie 3 minuty. Jeśli się nie spóźni, bo mimo wszystko, komunikacji na Śląsku nie można zrobić punktualnej. A to oznacza, że miałem szansę. Zacząłem biec, tak szybko jak tylko pozwalały mi moje nogi. 

Piątka niestety złośliwie przyjechała niemal punktualnie. I to jeszcze dwuwagonowa. Adaś wsiadł do pierwszego wagonu, ja ledwo zdążyłem do drugiego. Tramwaj ruszył gwałtownie. Motorniczy zawsze prowadzili tramwaje tak, jakby w środku nikogo nie było. Gwałtowne hamowania bez żadnego powodu, przyspieszanie na najbardziej koślawych odcinkach torów? Klasyka. Ponadto godzina była taka, że wracały tłumy z pracy w Hucie Bobrek, w powietrzu czuć było mieszankę starego chmielu, zużytego smaru, metaliczny zapach hutniczego pyłu i delikatną nutę potu. Adaś niemal znikł mi z widoku.

Jeśli uda mu się wysiąść na kolejnym przystanku, będzie mógł się przesiąść w dziewiątkę i stracę szansę. Tramwaj chybotał się na prawo i lewo, powoli zmierzając w stronę kościoła. Byłem czujny i wiedziałem, że muszę jak najszybciej wysiąść i złapać za szary prochowiec, w który ubrany był Adaś. Tramwaj się zatrzymał, a przede mną wyrosło nagle dwóch ogromnych i łysych jegomości w ortalionowych dresach. Próbowałem się przecisnąć pomiędzy nimi i z trudem mi się to udało. Adaś przebiegł przez ulicę. Wiedziałem, że jeśli się nie pospieszę, uda mu się dotrzeć do przystanku dziewiątki i odjedzie, a ja nie zdążę już mu powiedzieć, co myślę o takim zachowaniu, jakie on sobą przedstawia. Rzucam się w pościg, biegnie zaskakująco szybko i ze zdumieniem zauważam, że chce przebiec przez znajdujący się za kościołem cmentarz. 

Wbiegam za nim, pędzę jedną alejką, skręcam w prawo, skręcam w lewo. Wyjście z cmentarza prowadzi prosto do dziewiątki, ale straciłem go ze swojego pola widzenia. Rozglądam się dokoła, w międzyczasie tramwaj odjechał. I to był ostatni raz, kiedy go widziałem. Szkoda, bo naprawdę bym mu wygarnął.


pamięci Adasia









Popularne posty z tego bloga

Cuda

Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Lato na wsi. Poniedziałek zapowiadał się przepiękny. Poranne słońce raziło przez zamknięte powieki a na domiar złego muchy, wielkie i tłuste łaskotały zupełnie nieproszone. Dalsze wylegiwanie się w łóżku nie było już możliwe. Przewróciłem się z pleców na bok, spuściłem nogi z krawędzi łóżka i poczułem, że coś jest nie tak jak powinno być. Chociaż było to tak dawno temu, że uczucie niepokoju dorzuciłem sobie do wspomnień, bo wspomnienie te nie należy do bardzo przyjemnych. Ale być może dzięki temu ciągle jest tak wyraźne? Czy pamiętam, co wtedy jadłem na śniadanie? Nieszczególnie. Zazwyczaj pierwszym śniadaniowym wyborem w tamtym czasie były płatki kukurydziane, corn flakes, zalane świeżym mlekiem. Na marginesie te wielkie, czarne, tłuste i włochate muchy zlatujące się z całej okolicy do obory niedaleko domu, w której stała anonimowa krowa były ceną za to świeże mleko. Drugim śniadaniowym wyborem mogły być kanapki z pomidorami i jajkiem prosto od...

Cudze chwalicie...

...swego nie znacie. Często zdarza mi się nie doceniać naszej rodzimej twórczości. A to nie dobrze, ponieważ taka postawa może mieć poważne konsekwencje. Gdybym olewał sikiem prostym polską muzykę, mogłoby mnie ominąć: Numer przezajebisty. Po pierwsze - transowy. Hipnotyzujący. Zaskakujący i świeży jak poranne bułeczki. Muzycy z Wkurws obiecują, że płyta już jesienią. I ten BAS. I przejście w końcówce, przywołujące na myśl jakieś popową papkę. Ale nic z tego, fałsze i z pozoru nietrafione dźwięki. I znów - brzmienie basu. Ta płyta może się okazać jedną z jaśniejszych gwiazdek w tym roku. Innym wydarzeniem, które przykuło mą uwagę, to powstanie w Gdańsku kapeli, która stara się uciec wszelkiej klasyfikacji i mówiąc szczerze, udaje się to. Mowa o zespole Trupa Trupa, promującej obecnie swoją nową płytę. Można znaleźć na niej świetne melodie, świetne aranżacje. No i bardzo ciekawą produkcję. I teraz ważne info: chłopaki grają koncerty. Jeden z nich odbędzie się w sopockiej Papr...

Koniec.

Zacznę może od cytatu, dość obszernego: Ktoś policzył, ile komunikatów atakuje nas każdego dnia. Tysiące. Wypełzają z każdej dziury, wskakują jeden drugiemu na plecy coraz szybciej, niweczą poprzednika zanim dopowiedział pierwsze zdanie, by po sekundzie same zostały zniweczone. (...) Do niedawna byliśmy w stanie interpretować obrazy w tym samym tempie, w jakim je nam opowiedziano. Rozumieć je i przeżywać. Dziś odwieczna równoległość nadawcy i odbiorcy zostaje zerwana, szybsze od karabinu maszynowego tempo obrazkowej narracji skutecznie eliminuje myśli i uczucia. Pozostaje wir. A przecież wśród komunikatów są ludzkie historie. Już sprowadzone do roli wirujących kształtów jak każdy inny gadżet. Czyjaś twarz staje się więc taką samą masą jak inny FCG (Fast Consumer Good), towar szybkiego użycia.   (...) Facebookowy świat zaledwie ślizga się po powierzchni rzeczy. Zamiast słuchać się nawzajem i podczas rozmowy patrzeć sobie w oczy, zasypujemy się wstukanymi w rozgrzaną klawiaturę...