Dzieciństwo, które chcę pamiętać
Moi rodzice są gorolami. To oznacza, że każde wakacje mogłem spędzać poza Śląskiem. Koledzy i koleżanki z klasy wyjeżdżali na kolonie organizowane przez zakłady pracy, ja wakacje spędzałem u swoich babć, wujków i ciotek z niezliczoną rzeszą kuzynów i kuzynek, bliższych i dalszych.Wakacje w ogóle są bogatym źródłem wspomnień. Z oczywistych względów był to okres niezwykłego poczucia wolności, takiej wolności, której prawdopodobnie nikt z nas nigdy nie będzie już miał. Wychodziliśmy z domów rano, czasami nawet wcześniej niż podczas roku szkolnego, a wracaliśmy dopiero wtedy, gdy nas zmusił do tego głód.
Jeden z moich kuzynów uwielbiał wszystko, co było związane z wojskiem. Starszy ode mnie i od mojego brata o kilka lat, był naturalnie wielkim autorytetem i słuchaliśmy z zapartym tchem, kiedy opowiadał nam o najróżniejszych konfliktach zbrojnych, zwłaszcza tych, w których brali udział bohaterscy Amerykanie walczący w Korei czy w Wietnamie. Dzisiaj jestem pewien, że sam był pod wielkim wrażeniem "Czasu apokalipsy" albo "Plutonu", bo nasze zabawy wyglądały tak, że zbieraliśmy się grupą liczącą sześcioro, może siedmioro dzieciaków, każde z nas miało karabin zbity z drewnianych klocków, będących odpadami z tartaku naszego wujka, ze szczerbinką i spustem wykonanymi z gwoździa, a potem ruszaliśmy wzdłuż Warty, przedzierając się przez zarośla i chowając za drzewami, a kiedy kuzyn-kapitan krzyczał "Uwaga, żółtki!" potrząsaliśmy karabinami, i naśladując odrzut strzelaliśmy do znacznie liczniejszego wroga, ukrywającego się w wysokich gałęziach drzew, w krzakach i w wodzie. W końcu docieraliśmy do wielkiego dołu, z żółtym piaskiem, do którego wskakiwaliśmy na samo dno, gdzie nareszcie byliśmy bezpieczni. Niestety okazywało się, że część z nas, najczęściej ta część w sąsiednim dole, była zdrajcami, z którymi należało się rozprawić. W ruch szły granaty z szyszek, obrzucaliśmy się więc nimi nawzajem. Fantastyczna zabawa. Trochę jak w klasycznej grze komputerowej "Canon Fodder".
Warta również głęboko utkwiła mi w pamięci. Pamiętnego roku 1997, w czasie kiedy nic naprawdę, nic nie pomoże, a dokładnie w lipcu, kiedy wszystko co można było załadować na wielkiego stara i wozy drabiniaste było już załadowane, ja z bratem wbijaliśmy kijki w ziemię i obserwowaliśmy jak szybko znikają w nadciągającej wielkiej wodzie. Gdzieś tam dorośli układali worki z piaskiem, ale większe zainteresowanie budziły w nas uciekające krety, które łapaliśmy i przenosiliśmy wyżej w bezpieczne miejsce. Na szczęście fala powodziowa nie osiągnęła przewidywanego poziomu i choć rzeka wdarła się na podwórko, leniwie zalała wszystko oprócz domu i w ogóle wszelkich zabudowań, być może dlatego, że dziadek przytomnie wybudował dom i oborę na lekkim wzniesieniu. Wszyscy byli bardzo zadowoleni, a my jeszcze bardziej, bo ustępująca warta zostawiła ogromne ilości piasku, tworząc wielkie nadrzeczne plaże, które były z nami przez następne 10 lat.