Zacznę może od cytatu, dość obszernego:
Wszystko ma jakiś umiar, rozumiem to doskonale. Wszystko jest dla ludzi, to rozumiem również. Jednak podskórnie czuję jak pewne rzeczy wymykają się. I tak jak Maciej Pawlicki czuje, że coś zaczyna tracić, tak i ja uzmysłowiłem sobie, że internet mi coś zabiera.
Po pierwsze: współczucie. W natłoku wszystkiego nie jestem w stanie ocenić co na współczucie zasługuje, a co nie. Po prostu nie ma na to czasu. A jeśli już nawet zacznę współczuć, zazwyczaj jest to powierzchowne. Na zasadzie stada - inni współczują, ja też mogę.
Po drugie: zwracanie uwagi na rzeczy, które powinny być jej całkowicie pozbawione. Te wszystkie wirale, kampanie reklamowe, akcje na facebooku, zbiorowa myśl internautów. To wszystko jest o kant dupy. Nikomu niepotrzebne, pozbawione treści, a jednocześnie angażujące nas w dużym stopniu, nawet jeśli nie pochwalamy tego. Samo notowanie w głowie poszczególnych rzeczy i klasyfikowanie tego jako "gówno warte" lub "ciekawe" sprawia, że już wkręcamy się w tę machinę.
I wreszcie najważniejsze: narastająca niechęć do ludzi. Na Facebooku na NK mamy mnóstwo znajomych, wielu z nich jest dostępnych, świecą się te ikonki na zielono i ogłaszają: można do mnie zagadać. W rzeczywistości nie mamy ochoty z nikim gadać, a internetowa odległość daje nam prawo do zignorowania czyjejś zaczepki. Na ulicy, kiedy spotykamy jakąś znajomą osobę, zatrzymujemy się i zamieniamy choć kilka słów. Tutaj, w internecie nawet nie mamy fizycznej możliwości by móc tak zrobić, nie mamy na to czasu i nie mamy przede wszystkim chęci, by to zrobić.
Przez to wszystko wymiana poglądów staje się płytsza, podpieramy się suchymi linkami, wyrabiamy sobie zdanie nie wsłuchując się w innych. Ignorujemy słowa i potrzeby. Przestają nas obchodzić myśli, a my sami narzucamy sobie filtr zostawiający fakty, odsuwamy na bok wrażliwość i empatię.
Mam po dziurki w nosie internetu.
Ktoś policzył, ile komunikatów atakuje nas każdego dnia. Tysiące. Wypełzają z każdej dziury, wskakują jeden drugiemu na plecy coraz szybciej, niweczą poprzednika zanim dopowiedział pierwsze zdanie, by po sekundzie same zostały zniweczone.
(...)
Do niedawna byliśmy w stanie interpretować obrazy w tym samym tempie, w jakim je nam opowiedziano. Rozumieć je i przeżywać. Dziś odwieczna równoległość nadawcy i odbiorcy zostaje zerwana, szybsze od karabinu maszynowego tempo obrazkowej narracji skutecznie eliminuje myśli i uczucia. Pozostaje wir.
A przecież wśród komunikatów są ludzkie historie. Już sprowadzone do roli wirujących kształtów jak każdy inny gadżet. Czyjaś twarz staje się więc taką samą masą jak inny FCG (Fast Consumer Good), towar szybkiego użycia.
(...)
Facebookowy świat zaledwie ślizga się po powierzchni rzeczy. Zamiast słuchać się nawzajem i podczas rozmowy patrzeć sobie w oczy, zasypujemy się wstukanymi w rozgrzaną klawiaturę wesołkowatymi formułkami, szukając pigułek, którymi zastąpić chcemy coś, co utraciliśmy, choć zaczynamy już zapominać, co to właściwie było. Śni mi się koszmar, że pewnego dnia moja pięcioosbowa rodzina już nie wstanie od pięciu komputerów w pięciu kątach domu i tylko czasem przesyłać będziemy sobie emotikony. Oczywiście skłamane.
Maciej Pawlicki, Uważam Rze (nr12/2011)
Po pierwsze: współczucie. W natłoku wszystkiego nie jestem w stanie ocenić co na współczucie zasługuje, a co nie. Po prostu nie ma na to czasu. A jeśli już nawet zacznę współczuć, zazwyczaj jest to powierzchowne. Na zasadzie stada - inni współczują, ja też mogę.
Po drugie: zwracanie uwagi na rzeczy, które powinny być jej całkowicie pozbawione. Te wszystkie wirale, kampanie reklamowe, akcje na facebooku, zbiorowa myśl internautów. To wszystko jest o kant dupy. Nikomu niepotrzebne, pozbawione treści, a jednocześnie angażujące nas w dużym stopniu, nawet jeśli nie pochwalamy tego. Samo notowanie w głowie poszczególnych rzeczy i klasyfikowanie tego jako "gówno warte" lub "ciekawe" sprawia, że już wkręcamy się w tę machinę.
I wreszcie najważniejsze: narastająca niechęć do ludzi. Na Facebooku na NK mamy mnóstwo znajomych, wielu z nich jest dostępnych, świecą się te ikonki na zielono i ogłaszają: można do mnie zagadać. W rzeczywistości nie mamy ochoty z nikim gadać, a internetowa odległość daje nam prawo do zignorowania czyjejś zaczepki. Na ulicy, kiedy spotykamy jakąś znajomą osobę, zatrzymujemy się i zamieniamy choć kilka słów. Tutaj, w internecie nawet nie mamy fizycznej możliwości by móc tak zrobić, nie mamy na to czasu i nie mamy przede wszystkim chęci, by to zrobić.
Przez to wszystko wymiana poglądów staje się płytsza, podpieramy się suchymi linkami, wyrabiamy sobie zdanie nie wsłuchując się w innych. Ignorujemy słowa i potrzeby. Przestają nas obchodzić myśli, a my sami narzucamy sobie filtr zostawiający fakty, odsuwamy na bok wrażliwość i empatię.
Mam po dziurki w nosie internetu.