Przejdź do głównej zawartości

Cześć, jestem hejterem.

Takie obrazowe porównanie: internet jest wielką, jebiącą kupą gówna. Ludzie, jak muchy, żuki i inne robactwo wchodzą i żrą ten syf, smarują się tym gównem, ścierwem i podają sobie nawzajem co poniektóre bardziej gówniane kawałki. I nawet pomimo tego lubię internet, choć zupełnie nie daję tego po sobie poznać. To na gównie rosną najlepsze ogórki, cukinie i w ogóle wszystko ładnie rośnie. I jest spora szansa, że wyrośnie coś dobrego. Czasami jednak ktoś przychodzi i przygniata kiełkującą roślinkę jeszcze większym gównem.

To najbardziej pretensjonalny tekst jaki udało mi się teraz wymyślić, jednak... takie są fakty. W globalnym internecie jest już grubo ponad 800 mln stron z których korzysta niemal połowa ludzkości. Myślę, że tak jak z inteligencją wśród ludzi, rozkład jakości treści, które można znaleźć w internecie jest zbliżony do krzywej Gausa*, dość spłaszczonej i z łagodnymi zboczami. To oznacza, że w zależności od naszych osobistych preferencji i oczekiwań, pewien procent udostępnionych treści jest poniżej naszej granicy zniesmaczenia i analogicznie - pewien procent będzie niedostępny, ponieważ aparat poznawczy będzie zbyt ubogi by rozumieć. I teraz uwaga - kontrowersyjna teza: im człowiek bardziej inteligentny (mądry, oczytany, elokwentny), tym obie granice ustawiają się wyżej. Wnioski wyciągnąć bardzo łatwo.

Jednym z miejsc w internecie, które oglądam z ciekawością godną badacza jest „blogosfera”. Terminem tym określa się ludzi prowadzących blogi, którzy „czytają inne blogi i zostawiają na nich komentarze, umieszczają do nich linki, odnoszą się też w treści wpisów” (źr. wikipedia). Po zbadaniu tego zjawiska nie zdziwię zapewne nikogo, jeśli moja ocena nie będzie najlepsza. Nawiązując do pierwszego akapitu - blogosfera jest wychodkiem internetu. W przytłaczającej większości są to ludzie nie mający do powiedzenia niczego godnego uwagi i wartego głębszego zastanowienia. Rzucają powszechnie znanymi opiniami, komunałami lub wygłaszają kontrowersyjne tezy, aby wywołać „dyskusję”, w której tak naprawdę nie chcą brać udziału. Są jak onetowe tytuły i leady, których zadaniem jest przyciągnięcie jak największej ilości „żabek”, zostawiających najlepiej pozytywne komentarze. Wszystko po to by koniec końców stwierdzić, że blog to ich pasja, na której przy okazji mogą zarobić, bo w pewnym momencie pojawiają się „marki”, które chcą się reklamować. Oczywiście nie ma w tym nic zdrożnego, chociaż wolałbym raczej przyjąć gówno od arabskiego szejka niż czekoladę Wedla albo napój Somersby.


Oczywiście jest kilka świetnych blogów, które czytam z przyjemnością. Prawda jest jednak taka, że nie są połączone z popularnym polskim środowiskiem blogerskim, skupionym wokół chociażby Blog Forum, które postrzegam jako liżące się nawzajem po jajkach, prostytuujące się towarzystwo wzajemnej adoracji. Spoko, nie jestem targetem.
Chodzi mi jeszcze po głowie taki gówniany ranking gównianych blogerów, których zdanie jest gówno warte, wokół których rosną gówniane „społeczności”, które czyta się tak, jak ogląda obrzydliwe rzeczy gdzieś na krańcach internetu: ciekawość bierze górę i po wszystkim pozostaje jedynie absmak. Nie stworzę takiego rankingu, bo nie warto, opiszę tylko krótko dno tego szamba.

Niekwestionowanym liderem pozostaje komin (nawet nie będę linkował), który jest modelowym wręcz wzorem rzygów w ładnym opakowaniu. Trzeba przyznać, że  udało mu się ukręcić z przysłowiowego gówna bicz, a to oznacza tylko jedno - na świecie jest więcej debili, niż każdy z nas jest w stanie sobie wyobrazić. Kolejne miejsca zajmują w zasadzie wszystkie blogi z tomczykowych list wpływowych blogerów. Można być pewnym, że niemal w każdym blogu, w którym pojawia się słowo „lifestajl”, gówniane treści wypłyną na wierzch. Serio. Nawet jeśli ktoś używa tego taga żartobliwie.

No i na koniec: najbardziej polubiłem nienawidzić Hanię z hania.es. Prywatnie może być złotą osobą, ale nie znam jej prywatnie, widzę tylko jej chujowego bloga, który można by analizować jako studium przypadku chujowego blogowania: hipokryzji, braku konsekwencji, głupoty, krzewienia stereotypów, megalomani (znając życie, wynika to pewnie z jakichś problemów ze stabilnością emocjonalną) i kryptoszowinizmu.


*wiki boli?

Popularne posty z tego bloga

Koniec świata cz. 2

Dzieciństwo, które chcę pamiętać   Moi rodzice są gorolami. To oznacza, że każde wakacje mogłem spędzać poza Śląskiem. Koledzy i koleżanki z klasy wyjeżdżali na kolonie organizowane przez zakłady pracy, ja wakacje spędzałem u swoich babć, wujków i ciotek z niezliczoną rzeszą kuzynów i kuzynek, bliższych i dalszych.  Wakacje w ogóle są bogatym źródłem wspomnień. Z oczywistych względów był to okres niezwykłego poczucia wolności, takiej wolności, której prawdopodobnie nikt z nas nigdy nie będzie już  miał. Wychodziliśmy z domów rano, czasami nawet wcześniej niż podczas roku szkolnego, a wracaliśmy dopiero wtedy, gdy nas zmusił do tego głód.   Jeden z moich kuzynów uwielbiał wszystko, co było związane z wojskiem. Starszy ode mnie i od mojego brata o kilka lat, był naturalnie wielkim autorytetem i słuchaliśmy z zapartym tchem, kiedy opowiadał nam o najróżniejszych konfliktach zbrojnych, zwłaszcza tych, w których brali udział bohaterscy Amerykanie walczący w Kor...

Koniec świata cz. 1

To czego nie mogę pamiętać  Urodziłem się zimą, w czasach, kiedy mięso można było kupić tylko jeśli posiadało się bony żywnościowe nazywane przez wszystkich kartkami. Oczywiście nie mogę tego pamiętać. Pierwsze co pamiętam, to słoneczny dzień w kolorze sepii. Choć prawdę mówiąc, nie wiem ile w tym wspomnieniu jest mojej pamięci, a ile opowiadań moich rodziców i fotografii z tamtego okresu. Więc te pierwsze wspomnienie dotyczy jednego z moich pierwszych zakupów: oto stoję przy ladzie niewielkiego sklepu na rogu jakichś ulic na Bobrku i trzymam w dłoni banknot stuzłotowy, czerwony, wymięty, z zamiarem kupna lizaka. Karmelowego serca na patyku. Moja mama czeka na mnie przed sklepem, promienie słońca przedzierają się przez liście koloru sepii, niebo jest pomarańczowe, wszystkie kolory dookoła to brązy i beże, choć mógłbym przysiąc, że była wiosna, a może wczesne lato, liście powinny być zielone, niebo błękitne, ceglane familoki czerwone i a miniona epoka szarobura.  Kolejne ws...

Anonim

Nigdy nie będziemy w stanie poznać drugiego człowieka. Z Adasiem było jeszcze gorzej - od zawsze miałem wrażenie, że nigdy nie chciał, aby ktoś inny miał szansę go poznać. Był jak duch, który przyglądał się nam gdzieś z boku, czasami bardzo wnikliwie, jednak niepostrzeżenie. A jednak każdy ma jakieś wyobrażenie o innym człowieku i ja też miałem wyobrażenie o Adasiu. Wyobrażenie powstawało od wielu, wielu lat i nic to, że nie widziałem człowieka na oczy, że nie mam pojęcia jak brzmiał jego głos. Nie mam żadnej z rzeczy sprawiających, że możemy powiedzieć o kimś: tak, znałem go.  A jednak jest mi smutno. Chyba najbardziej dlatego, że już nie będzie szansy, by go poznać lepiej. Może dlatego, że już nie przeczytam niczego więcej o tym jak wyobraża sobie mnie? Że nie pozostawi po sobie więcej rzeczy, które zasługują na to, aby po prostu istniały? Może dlatego, że jedyne co o nim wiem to to, że naprawdę fantastycznie pisał? Że pomimo swojego niewątpliwego talentu nie zdążył, a może nie m...