Ludzie, którzy usiłują mierzyć się współcześnie z tworzeniem, zmagają się z pewnym poważnym problemem. Towarzyszący im zazwyczaj brak pokory jest tożsamy z nadmierną brawurą i co za tym idzie, pokusą natychmiastowego publikowania swojej pracy. Niestety rzadko się zdarza, że historie dnia codziennego wzbudzą jakieś większe zainteresowanie, chociażby z powodu prozaiczności i nudy, która im towarzyszy. Jeszcze rzadziej zdarza się, że twór będzie miał jakąkolwiek wartość merytoryczną, a o artystycznej to już w ogóle można zapomnieć. Dlatego tak wielu potencjalnie dobrych autorów, ucieka się do koślawego humoru, który śmieszy może przez jakieś 3 sekundy, a potem staje się uciążliwy i zwyczajnie nieśmieszny. Gdyby autor poczekał z publikacją np. rok, taka twórczość najpewniej nie obroniła by się w zderzeniu z autocenzurą, co byłoby zbawieniem dla potencjalnego odbiorcy i chwilą oddechu dla wszystkich serwerów.
Dzieciństwo, które chcę pamiętać Moi rodzice są gorolami. To oznacza, że każde wakacje mogłem spędzać poza Śląskiem. Koledzy i koleżanki z klasy wyjeżdżali na kolonie organizowane przez zakłady pracy, ja wakacje spędzałem u swoich babć, wujków i ciotek z niezliczoną rzeszą kuzynów i kuzynek, bliższych i dalszych. Wakacje w ogóle są bogatym źródłem wspomnień. Z oczywistych względów był to okres niezwykłego poczucia wolności, takiej wolności, której prawdopodobnie nikt z nas nigdy nie będzie już miał. Wychodziliśmy z domów rano, czasami nawet wcześniej niż podczas roku szkolnego, a wracaliśmy dopiero wtedy, gdy nas zmusił do tego głód. Jeden z moich kuzynów uwielbiał wszystko, co było związane z wojskiem. Starszy ode mnie i od mojego brata o kilka lat, był naturalnie wielkim autorytetem i słuchaliśmy z zapartym tchem, kiedy opowiadał nam o najróżniejszych konfliktach zbrojnych, zwłaszcza tych, w których brali udział bohaterscy Amerykanie walczący w Kor...