Ludzie, którzy usiłują mierzyć się współcześnie z tworzeniem, zmagają się z pewnym poważnym problemem. Towarzyszący im zazwyczaj brak pokory jest tożsamy z nadmierną brawurą i co za tym idzie, pokusą natychmiastowego publikowania swojej pracy. Niestety rzadko się zdarza, że historie dnia codziennego wzbudzą jakieś większe zainteresowanie, chociażby z powodu prozaiczności i nudy, która im towarzyszy. Jeszcze rzadziej zdarza się, że twór będzie miał jakąkolwiek wartość merytoryczną, a o artystycznej to już w ogóle można zapomnieć. Dlatego tak wielu potencjalnie dobrych autorów, ucieka się do koślawego humoru, który śmieszy może przez jakieś 3 sekundy, a potem staje się uciążliwy i zwyczajnie nieśmieszny. Gdyby autor poczekał z publikacją np. rok, taka twórczość najpewniej nie obroniła by się w zderzeniu z autocenzurą, co byłoby zbawieniem dla potencjalnego odbiorcy i chwilą oddechu dla wszystkich serwerów.
Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Lato na wsi. Poniedziałek zapowiadał się przepiękny. Poranne słońce raziło przez zamknięte powieki a na domiar złego muchy, wielkie i tłuste łaskotały zupełnie nieproszone. Dalsze wylegiwanie się w łóżku nie było już możliwe. Przewróciłem się z pleców na bok, spuściłem nogi z krawędzi łóżka i poczułem, że coś jest nie tak jak powinno być. Chociaż było to tak dawno temu, że uczucie niepokoju dorzuciłem sobie do wspomnień, bo wspomnienie te nie należy do bardzo przyjemnych. Ale być może dzięki temu ciągle jest tak wyraźne? Czy pamiętam, co wtedy jadłem na śniadanie? Nieszczególnie. Zazwyczaj pierwszym śniadaniowym wyborem w tamtym czasie były płatki kukurydziane, corn flakes, zalane świeżym mlekiem. Na marginesie te wielkie, czarne, tłuste i włochate muchy zlatujące się z całej okolicy do obory niedaleko domu, w której stała anonimowa krowa były ceną za to świeże mleko. Drugim śniadaniowym wyborem mogły być kanapki z pomidorami i jajkiem prosto od...